przez buri 2009-09-29, 09:18
zabawne ale nie za dobre jakis czas temu napisalem cos takiego:
W "Bękartach wojny", dziele TOTALNIE autotematycznym, będącym hymnem dla kina które jest wszechmocnym medium (w którego mocy jest nawet uśmiercenie fuhrera), Quentin Tarantino pokazuje niestety, że sam wszechmocny nie jest. Tarantino kontynuuje tu więc drogę która obecna była już w jego poprzednim filmie "Death proof" gdzie nieprawdopodobieństwa scenariusza połączone z wirtuozerią warsztatową, dają nam coś na wzór Hitchcock'owski: niemożliwe staje się możliwe. Zarówno "Death Proof" jak i najnowsze "Bękarty wojny" to coraz bardziej metakino, kino o kinie, film o filmie, niż opowiadana historia. Medium przeskakuje scenariusz, kończy się okres w twórczości tego autora polegający na słynnej równowadze. Owszem jest to kolejny jego film który ogląda się jak krzyżówkę: Leone tu, Peckinpah tam, "Parszywa dwunastka" tam itd. itd. Jednak film nie jest tak doskonały, jak piętno wycięte jednemu z bohaterów w ostatniej scenie filmu, choć przez pierwsze 30 minut filmu na to się zanosiło.
Tarantino, człowiek który powiedział że uważa się za reinkarnację Szekspira, choć sam nigdy żadnej jego książki nie czytał, chciałby stworzyć wielkie dzieło epickie swojego autorskiego postmodernizmu. Jednak by opowiadać w podobny sposób jak to czynił np. Leone, jest potrzebne coś więcej niż gra detalem i długością ujęć. W "Death proof", jak słusznie niektórzy zauważają, Tarantino zmienia styl. Jest już autorem którego specjalnością będzie "bajer" np. szybki montaż atrakcji, pop-artowe komiksowe wstawki itd. Wiemy o co chodzi. U reżysera montaż który rzutował na całą osnowę to to, co nas urzekało już od jego pierwszego filmu. A montaż scen w punktach kulminacyjnych? Nawet nie ma co gadać, jest zawsze mistrzowski . Jednak w "Bękartach" Tarantino zwykłe "powieściowe" fragmenty scen, które stanowią pewne akademickie nowum, kręci bez pomysłu i niezwykle niechlujnie. Widać to już od rozdziału trzeciego, gdy identyczne plany zmontowane są bezpośrednio, przez co ujawnia się tak sjużet. Tylko po co ? Szkolny błąd ? W podobnych scenach (uzupełnianych zazwyczaj jakimś ekstrawaganckim świecidełkiem w postaci efektownie sfilmowanej masakry) rytm gubi się w nieestetycznych sklejkach montażowych. W filmie tym Tarantino chociaż ma wspaniały pomysł na całość, gubi się tworząc takie białe plany w pojedynczych scenach (powtarzam w scenach, gdyż sekwencję już są zróżnicowane i rozwój sceny potrafi nam zrekompensować pewnie braki). Co ciekawe nie ratuje się w tym filmie tym czym zwykle - błyskotliwymi dialogami. "Podryw na Pabsta" stosowany przez młodego bohatera III rzeszy to oczko puszczone do obytego widza, ale niezwykle nudny jeśli chodzi o warstwę filmową. W takich momentach objawia się coś, co inni użytkownicy określili mianem "postmodernizmu grubo ciosanego". Kolejna rzecz która boli to muzyka, rzecz za którą Tarantino wynoszony był na piedestały od początku lat 90tych. W tym filmie poza niewieloma wypadkami (rewelacyjne jingle), muzyka nie ma żadnego znaczenia, nie zwraca się na nią uwagi. Podejrzewam jednak że wina nie leży po stronie doboru ścieżki dźwiękowej ale znowu po stronie montażu.
Używając słynnego określenia Truffaut'a "Bękarty wojny to "wielki chory film" - poronione arcydzieło. Reżyser zdaje się być dodatkowo rozdarty między wielkim, idealnym stylem jak prezentowany w pierwszych dwóch rozdziałach, a pewnymi fragmentami pełnymi „sucharów” czy nawet dosłowności. Tak właśnie, bo jest to pierwszy film w którym Tarantino tak nie ufa w domyślność widza – skalpowanie (przeciwieństwo obcinania ucha z pierwszego filmu), Goebbels dogadzający sobie z tłumaczką, przebitki z Hitlerem itd. Postacie również wydają się jakieś papierowe i wystudiowane. Słynna metoda Tarantino polega na nadaniu postaci życia poza ekranowego. Tu tego nie ma. Cofając się jednak, rozdarcie o którym pisałem, polega jednak mniej więcej na tym, że pewna niechlujność i brak dopracowania rekompensowane jest nam scenami zapierającymi dech w piersiach, genialnymi pomysłowymi. Krótko – wspaniałą aurą NIEPOWTARZALNOŚCI ! Dlatego jest mi po tym filmie trochę smutno, mimo iż Tarantino stworzył dzieło o dużych walorach rozrywkowych, a ja ubawiłem się przednio. Jednak ilość wad nie pozwala mi na docenienie tego filmu... tak bardzo jakbym sam tego chciał.
Pewnie nalezysz do psycholi ktorzy siedzac w kaluzy wlasnych odchodow masturbuja sie i nagle zadaja sobie pytanie: Boze czy ja przypadkiem nie jestem dziwny?