Zdarzało wam się z dużą pewnością siebie wypowiadać o książkach, których nigdy nie czytaliście? Francuski literaturoznawca Pierre Bayard udowadnia, że to nie tylko normalne ale i wskazane. DZIENNIK publikuje fragmenty jego najnowszej książki - "Jak dyskutować o książkach, których się nie czytało".
Wywodzę się ze środowiska, w którym czytano niewiele, nie bardzo więc gustowałem w tej czynności, a także nigdy nie miałem dostatecznie dużo czasu, by się jej poświęcać. Tymczasem mniej lub bardziej niezwykłe sploty okoliczności życiowych często stawiały mnie w nader trudnej i delikatnej sytuacji wymagającej mówienia o książkach, których nie czytałem. W związku z tym, że prowadzę zajęcia z literatury na uniwersytecie, nieustannie staję wobec konieczności wypowiadania się na temat książek – również takich, do których nawet nie zajrzałem. Oczywiście w podobnym kłopocie bywa większość słuchających mnie studentów, ale jeśli choć jeden z nich przeczytał tekst, o którym mówię na wykładzie, mogę znaleźć się w poważnym kłopocie. Wymaga się także ode mnie, bym w swoich książkach i artykułach wypowiadał się na temat książek i artykułów innych osób. To zadanie sprawia więcej trudności, ponieważ słowo pisane, w przeciwieństwie do wypowiedzianego (które pozostawia pewien margines nieprecyzyjności), jest wyraźnym, nieusuwalnym śladem i bez trudu można je zweryfikować.
Takie sytuacje stały się dla mnie chlebem powszednim, dlatego uznałem, że mam wystarczające kompetencje, by podzielić się z innymi moimi doświadczeniami nieczytelnika. Może nie pora jeszcze na prawdziwy kurs akademicki, ale warto poważyć się przynajmniej na pogłębioną refleksję, czego zazwyczaj unikamy ze względu na liczne tabu, którymi obwarowana jest dziedzina nieczytania.
Dzielenie się z innymi tego rodzaju doświadczeniami wymaga odwagi, nie ma się zatem co dziwić, że tak niewielu znajdziemy autorów opiewających zalety nieczytania. Szczere i otwarte zmierzenie się z zagadnieniem, które chcę tutaj podjąć, jest zazwyczaj poważnie utrudnione przez wiele głęboko uwewnętrznionych przymusów czy ograniczeń. Przynajmniej trzy z nich mają decydujące znaczenie.
Po pierwsze obowiązek czytania. Wciąż żyjemy w społeczeństwie, w którym czytanie jest czynnością uświęconą, chociaż nie da się ukryć, że społeczeństwo to znajduje się w stadium powolnego zaniku. Sakralny charakter mają zwłaszcza teksty należące do kanonu (który może się nieco różnić w zależności od środowiska) i nieczytanie ich jest praktycznie nie do przyjęcia – pod groźbą poważnej kompromitacji.
Po drugie obowiązek czytania książek w całości, związany w pewien sposób z poprzednim. Nie tylko nieczytanie jest źle widziane: akceptacji nie znajduje również czytanie zbyt szybkie lub przekartkowanie książki, a przede wszystkim przyznanie się do tego. Niedopuszczalna wydaje się sytuacja, by wykładowca uniwersytecki powiedział głośno, że jedynie przejrzał dzieło Prousta, a nie przeczytał je dokładnie od pierwszej strony do ostatniej – mimo że tak właśnie jest w większości przypadków.
I po trzecie: rozmowy o książkach. Istnieje w naszej kulturze niepisana reguła, że koniecznie trzeba przeczytać książkę, by się o niej w miarę precyzyjnie wypowiadać. Tymczasem z mojego doświadczenia wynika, że można bez problemu prowadzić pasjonującą dyskusję na temat książki, której się nie czytało,
również - a może przede wszystkim - wtedy, gdy nasz rozmówca także jej nie czytał.
Co więcej - jak się niebawem przekonamy - często wręcz łatwiej nam mówić o takiej czy innej książce, jeśli jej nie przeczytaliśmy w całości lub zgoła nigdy do niej nie zajrzeliśmy. Z uporem będę obstawał przy mojej tezie, że zbyt lekkomyślnie ignorujemy bardzo poważne zagrożenia, jakie przeczytanie książki niesie dla osoby, która chce wypowiedzieć się na jej temat lub o niej napisać.
Skutkiem tego krępującego nas systemu zakazów i przymusów jest powszechne zakłamanie narosłe wokół czytania książek. Niewiele znam sfer życia prywatnego - może jedynie sprawy związane z pieniędzmi i z seksem - w których byłoby równie trudno uzyskać od innych wiarygodne informacje.
Wśród specjalistów od literatury, właśnie ze względu na trzy omówione powyżej przymusy, tego rodzaju kłamstwa są na porządku dziennym, ich rola jest bowiem tym większa, im większe znaczenie mają książki w danym środowisku. Nawet jeśli sam niewiele przeczytałem, dostatecznie znam pewne książki - weźmy znowu przykład Prousta - by słuchając rozmów moich kolegów o jego dziele, ocenić, czy mówią prawdę, czy nie, oraz stwierdzić, że to pierwsze zdarza się stosunkowo rzadko.
Kłamiemy przed innymi, ale również przed sobą. Niekiedy trudno nawet w myślach przyznać, że nie przeczytało się książki uznawanej za niezwykle ważną w środowisku, w którym się obracamy. Wielka jest bowiem nasza zdolność – zarówno w tej dziedzinie, jak i w wielu innych – kreowania przeszłości tak, by
bardziej odpowiadała naszym pragnieniom. To powszechne kłamstwo towarzyszące mówieniu o książkach jest konsekwencją zakazów i przymusów, którymi obarczona jest kultura, oraz związanych z nią lęków wywodzących się zapewne jeszcze z dzieciństwa. By nauczyć się wychodzić obronną ręką z trudnych sytuacji, w jakich nieraz stawia nas życie, musimy przeanalizować to nieuświadomione poczucie winy ogarniające nas, gdy wyznajemy, że nie czytaliśmy tej czy innej książki. Esej ten ma na celu przynajmniej częściowo nas od tego poczucia winy uwolnić. (...)
Ludzie wykształceni wiedzą coś, czego - na swoje nieszczęście - nie wiedzą ludzie niewykształceni: mianowicie zdają sobie sprawę, że kultura to przede wszystkim kwestia orientacji. Człowiek wykształcony to nie ten, który przeczytał taką czy inną książkę, ale ten, który potrafi poruszać się pośród wszystkich, który wie, że tworzą one pewną całość, i jest w stanie określić miejsce każdego elementu tej całości w stosunku do pozostałych. Wnętrze mniej się tutaj liczy niż zewnętrze, czy też może inaczej: wnętrze jest zewnętrzem, bowiem tym, co najważniejsze w każdej książce, są książki, które znajdują się obok niej. Dla człowieka wykształconego nieprzeczytanie jakiejś książki nie ma większego znaczenia, ponieważ nawet jeśli nie ma dokładnych informacji na temat jej zawartości, najczęściej zna jej usytuowanie, czyli pozycję, jaką zajmuje pośród innych książek. To rozróżnienie zawartości książki i jej usytuowania ma zasadnicze znaczenie, gdyż właśnie dzięki niemu osoba, która potrafi wyzbyć się lęku przed kulturą, może swobodnie wypowiadać się na dowolny temat.
Nigdy na przykład nie czytałem "Ulissesa" Joyce’a i najprawdopodobniej nigdy nie przeczytam. Zawartość tej książki jest mi więc w znacznej mierze nieznana - zawartość, ale nie usytuowanie. Zresztą zawartość książki jest w dużej mierze usytuowaniem. Chodzi jednak o to, że bynajmniej nie czuję się niekompetentny, gdy przychodzi mi brać udział w rozmowie na temat Ulissesa, ponieważ jestem w stanie w miarę precyzyjnie usytuować to dzieło pośród innych. Wiem, że schemat powieści opiera się na "Odysei", że zastosowana w niej została technika strumienia świadomości, że akcja rozgrywa się w Dublinie w ciągu jednego dnia, itd. Dlatego też, gdy prowadzę zajęcia, zdarza mi się przywoływać powieść Joyce’a bez mrugnięcia okiem. Co więcej - jak się przekonamy później, przyglądając się relacjom sił w rozmowach o książkach - jako wykładowca znajduję się w pewnej szczególnej sytuacji, która pozwala mi bez wstydu przyznawać się do nieznajomości Joyce’a. Moja własna biblioteka, jak zresztą biblioteka każdego intelektualisty, pełna jest luk i białych plam, ale w rzeczywistości nie ma to żadnego znaczenia, gdyż jest ona wystarczająco rozległa, by takie puste miejsca nie rzucały się w oczy - i tak przecież we wszystkich rozmowach szybko przeskakujemy z jednej książki na drugą.
Wbrew pozorom wymiana zdań na temat jakiejś książki najczęściej nie dotyczy wcale jej samej, lecz o wiele szerszej całości rozciągającej się na wszystkie dzieła uchodzące za ważne w danym momencie kultury i konstytuujące ów dokument. I tak naprawdę liczy się przede wszystkim ta całość, którą będę tu nazywał wspólną biblioteką. To właśnie w niej trzeba umieć się orientować, ona jest główną stawką w grze, jaką są rozmowy o literaturze. Chodzi tu o opanowanie relacji między wieloma elementami systemu, a nie tego czy innego elementu; nieznajomość nawet znacznej liczby poszczególnych elementów bynajmniej w niczym nam nie powinna przeszkadzać.
Można śmiało powiedzieć, że już w chwili, w której książka wkracza w pole naszej percepcji, przestaje być nam nieznana, a to, że nic ponadto o niej nie wiemy, wcale nie przeszkadza nam o niej rozmyślać i rozmawiać. Jeszcze przed otwarciem książki sam tytuł jest dla nas jakąś wskazówką, sam rzut oka na okładkę wystarczy, by otwarty umysł człowieka wykształconego wytworzył serię wrażeń i konotacji, które szybko przekształcają się w pierwszą opinię - tym łatwiej formułowaną, im większe jest jego obycie w kulturze. Takie spotkanie z książką, nawet jeszcze nie otwartą, może być dla nieczytelnika początkiem autentycznego przyswojenia. I nie ma takiej książki nieznanej, która nie przestałaby być nieznana - przynajmniej w pewnym stopniu – już po pierwszym spotkaniu."
źródło: http://www.dziennik.pl/kultura/ksiazki/ ... tales.html
że tak zapytam: czytał to ktoś ?




